Blog Kultura 2.0 poruszył niedawno dość ciekawą kwestię. We wpisie “Gry muzyczne w służbie hegemonii?” autor przytoczył wypowiedź radiową Spencera Eldena (to ten bobas z okładki albumu Nevermind Nirvany), w której stwierdza on , że jego rówieśnicy wolą grać na plastikowych gitarach w Rock Band, zamiast założyć prawdziwą kapelę. We wspomnianym wyżej wpisie możemy przeczytać taki oto komentarz:
Uwielbiam konsolowe gry muzyczne, takie jak Guitar Hero. Zrobiły wiele dla wyprowadzenia gier poza getto hardkorowych graczy, stały się inspiracją jednego z najlepszych w historii odcinków South Parku, podobno są też chwalone przez nauczycieli muzyki. Nigdy - być może ze względu na wiek - nie pomyślałem o tym, że pozwalają w kontrolowany sposób rozładować nastolatkom energię, która bez gier mogłaby stać się podstawą muzycznej rebelii.[...]
Z tej perspektywy Guitar Hero i Rock Band jawią się jako policjant stojący na straży popkulturowego status quo - pozwalają dobrze funkcjonować muzycznym dinozaurom (Motley Crue sprzedaje więcej muzyki jako utwory do gier muzycznych, niż pliki do słuchania; singiel promujący nową płytę Metalliki ma mieć premierę w Rock Band), a przy tym zawłaszczają bunt i neutralizują kulturę garażowego grania. Zamiast założyć zespół i nagrać płytę, udawaj że grasz hity nagrane przez kogoś innego, skacząc przed telewizorem w swoim pokoju…
W swoim życiu słyszałem już naprawdę wiele zarzutów kierowanych w stronę gier, ale nie spodziewałem się pewnego dnia przeczytać, że zagrażają one prawdziwej muzyce. Musiałbym się naprawdę mocno postarać, by podobne herezje przeszły mi przez klawiaturę.
Zacznijmy od tego, że zarówno Guitar Hero, jak i Rock Band znajdują miejsce nie tylko dla muzycznych dinozaurów, ale również dla dobrze rokujących, ale nie znanych szerszej publiczności zespołów. Przecież rekordy sprzedaży płyt DragonForce i wzrost zainteresowania albumami innych kapel występujących w grach, nie bez powodu nazwano “efektem Guitar Hero“.
Moim zdaniem, zamiast bycia strażnikiem status quo, gry muzyczne stały się świetną platformą do promocji muzyki i poszerzania horyzontów muzycznych graczy. A co za tym idzie - zamiast bycia zagrożeniem, są raczej kolejnym ułatwieniem w docieraniu do odbiorcy.
Co do zawłaszczania buntu, to naprawdę biłbym pokłony twórcom gier, gdyby okazało się, że dzięki nim za prawdziwą gitarę chwycą jedynie dzieciaki, które naprawdę mają w sobie coś, co chcą przekazać innym, a ich jedyną motywacją nie będzie +5 do fajności w szkole, jakie daje instrument. Być może mógłbym wtedy uniknąć panicznego omijania telewizyjnych kanałów muzycznych przed północą, a kariery kilku zespołów nie wyszłyby poza salon wokalisty. Niestety, tak nie jest, a każdy, kto grał w Guitar Hero, czy Rock Band potwierdzi, że mimo, iż udawanie rockmena jest bardzo miodne, to jednak trudno to porównywać do grania prawdziwej muzyki. No i rozwalenie plastikowej gitary nijak ma się do wbicia prawdziwego Stratocastera w scenę.
Jasne, że gry pozwalają rozładować energię, ale tylko do pewnego stopnia. Myślicie, że gdyby młody Johnny Rotten miał w domu Rock Band, to poprzestałby na nim? No właśnie. Wydaje mi się, że z powodzeniem możnaby odwrócić postawioną w cytowanym fragmencie tezę i powiedzieć, że gry muzyczne mogą wręcz zachęcić graczy, do zapisania się na prawdziwe kursy.
Przeszedłeś Guitar Hero 3 na ekspercie, perkusja w Rock Band jest dla ciebie za mała? Chcesz czegoś więcej? Naucz się grać na prawdziwym instrumencie i podbij świat…
Dzięki za linka Waldemar!
Komentarze:
5 komentarzy w "Gry zagrażają … muzyce?"