|
Recenzja: Siren: Blood Curse
Autor: Beniamin Durski
(wtorek, 2 września 2008, 22:03)
Premiera Siren: Blood Curse rozpoczęła kolejny okres w historii dystrybucji gier na PLAYSTATION Network. Dostępny w postaci 12 epizodów horror możemy zakupić w częściach (4 rozdziały po 36zł każdy) lub całości (99zł). Cena na pewno jest przystępna, jeśli porównamy to z najnowszymi produkcjami, ale pytanie brzmi, czy warto zainwestować w tę epizodyczną produkcję?
Pierwszy rozdział jest pewnego rodzaju wprowadzeniem do całości historii, jak również instruktażem dla gracza, by mógł przetrwać w Hanudzie, czyli wiosce, z której w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła cała ludność. Sprawą tą zainteresowała się amerykańska ekipa filmowa, która będzie starała się wyjaśnić, co tak naprawdę się wydarzyło. Szybko się jednak okazuje, że nie jesteśmy całkowicie sami, bo mieszkańcy Hanudy tak naprawdę nadal ją zamieszkują, ale zamienili się w Shinobito, czyli nieumarłych żyjących swoim życiem. Jest to o tyle interesujące, że nie są to bezmyślni zombie, ale oni naprawdę nadal sądzą, że żyją. Przykłady można by mnożyć, ale takie najszybciej przychodzące do głowy, to pielęgniarka, która chce na nas operować, czy też policjant, który pilnując porządku próbuje nas zabić. Tutaj powinienem wtrącić słówko o sterowaniu, które na samym początku jest trudne do zaakceptowania. Nie zrozumcie tego źle, gra się od pewnego momentu bardzo dobrze, ale jednak wymaga pewnego przestawienia się, szczególnie, że różni się dość mocno od ustandaryzowanego, zachodniego systemu. Przede wszystkim mam na myśli, że prawym analogiem nie obracamy kamerą, a jedynie zwiększamy pole widzenia w danym kierunku. Sam widok zmienia się, gdy poruszamy naszą postacią, co jest o tyle dobre, że jeszcze bardziej zwiększa nasz poziom przerażenia. To, co jednak decyduje o sile tego tytułu to właśnie jego epizodyczność, która natychmiast nasuwa skojarzenia z serialem Lost. Mamy tu historię przedstawioną oczami siedmiu różnych postaci i co najważniejsze różniących się także pod względem rozgrywki. Dziewczynka, której nie mogło zabraknąć, jest co prawda mała i zwinna, ale przy tym bezbronna, całkowicie przeciwnie do Japończyka w garniturze, którego “odcinki” gry można przejść praktycznie cały czas strzelając. Nawet jeśli któraś z postaci nie przypadnie Wam do gustu, to zmiany są na tyle częste, że nie odczujecie znużenia czy zdenerwowania myśląc sobie ‘znowu muszę nim grać’. Pomaga to rozwinąć historię, dzięki czemu tak naprawdę każda z postaci dostarcza kawałek do układanki, wyjaśniającej, co wydarzyło się w Hanudzie. Jeśli chodzi o grafikę to miałem napisać, że jest ładnie, ale przecież to w kontekście Siren byłoby przytykiem, więc zamiast tego napiszę, że jest bardzo mrocznie i brudno. Wszystkie miejscówki są bardzo klimatyczne, dla przykładu w pierwszym rozdziale wrażenie robi bardzo przerażający szpital. Co prawda nie wszystkie tekstury są najwyższych lotów, ale przy wszechogarniających nas ciemnościach nie zwracamy na to specjalnej uwagi. Troszkę inaczej jest z krwistą breją, w której będziemy brodzić i która prezentuje się naprawdę ohydnie i choć częściowo był to efekt zamierzony, to naprawdę na tej generacji konsol woda (brudna czy nie) powinna wyglądać i zachowywać się zdecydowanie lepiej. Podsumowując nie ma mowy o rewolucji, ale względem pierwowzoru nastąpiła ewolucja w kierunku serialu, która nadaje dodatkowego dynamizmu grze, jednocześnie ją urozmaicając. Teraz dołóżcie do tego wszystko czego potrzebuje horror, by straszyć i otrzymacie Siren: Blood Curse. Zatem jeśli jesteście na tyle odważni i uważacie, że niczego się nie boicie, to ta gra, jak mało która w tej generacji pokaże Wam jak bardzo się mylicie. Sprawdź również:
Komentarze:
4 komentarze w "Recenzja: Siren: Blood Curse"
Musisz być zalogowany aby pisać komentarze. |
|