|
Viva Pinata: Trouble in Paradise - pierwsze wrażenia
Autor: Remigiusz Nowakowski
(sobota, 6 września 2008, 14:25)
Stało się, kontynuacja Viva Pinata pojawiła się wreszcie na sklepowych półkach a wszyscy miłośnicy wirtualnego ogrodnictwa oraz hodowli wypełnionych cukierkami zwierzaków szaleją z radości. Długo czekaliśmy na drugą część tej gry, z niepokojem zastanawiając się co też takiego można w niej zmienić, co ulepszyć, co jeszcze dodać do produktu, który otarł się wręcz o bycie ikoną “rodzinnej rozrywki” na Xbox360. Teraz również my możemy stworzyć nowy ogród, zasiedlić go niezliczonymi odmianami piniat i podzielić się z Wami, naszymi czytelnikami, garścią wrażeń po krótkim (na razie) obcowaniu z grą.
Viva Pinata: Trouble in Paradise nawiązuje bardzo mocno do generalnego zarysu “historii” poprzedniej części. W zasadzie rozpoczynamy zabawę niemal w tym samym momencie gdy postanowiliśmy się rozstać z naszym pierwszym ogrodem. Jak zapewne pamiętacie w VP nie istniał jakiś szczególny, przewodni wątek fabularny poza opowieściami założyciela pierwszych ogrodów na Wyspie Piniat. Jego historię poznawaliśmy powolutku, odnajdując w trakcie gry różne fragmenty jego pamiętnika. Z tych łam właśnie poznaliśmy Profesora Pestera oraz jego niecne plany zapanowania nad wyspą. VP:TiP rozpoczyna się gdy Pester wraz ze swoimi pomocnikami - Rufianami - włamuje się do głównej centrali zawiadującej rozsyłaniem, wypełnionych cukierkami, zwierząt po świecie i próbując skopiować znajdujące się w jej komputerze pliki doprowadza, przypadkiem, do ich skasowania. Teraz tylko od Was gracze zależeć będzie czy dzieci będą mogły cieszyć się obecnością zwierzaków podczas przyjęć, imprez oraz urodzin. Sama gra prezentuje się bardzo, ale to bardzo podobnie do poprzedniczki. Poprawiono niektóre efekty (choćby woda wygląda dużo naturalniej), dopracowano zmiany cyklu dobowego, zmiany pogody są bardziej płynne. Jeśli chodzi o piniaty to spotkamy tu starych znajomych takich jak Lickatoad, Whirlmy czy choćby Sparrowminty. Dodano jednak aż trzydzieści nowych gatunków i to bez wątpienia one będą stanowiły główny obszar zainteresowań graczy, którzy godzinami zagrywali się w oryginalne Viva Pinata. Już na początku gry mamy do czynienia z dwoma, całkiem nowymi gatunkami - przypominającymi biedronkę Bispotti oraz wyglądającym jak australijski dziobak Sweetle. Tego ostatniego zresztą nie zwabiamy do siebie poprzez rozbudowę ogrodu - jak to miało miejsce wcześniej - leczy wyruszamy “zapolować” nań na obszary pustynne Wyspy Piniat. Dodanie do gry pułapek, przynęt oraz elementu polowania na rzadkie gatunki jest bardzo sympatycznym wzbogaceniem rozgrywki. Zmodyfikowano też nieco interfejs gry i teraz używanie najbardziej popularnych opcji jest znacznie szybsze i łatwiejsze. Nadal operować możemy d-padem aby wywołać z menu narzędzi łopatę, konewkę oraz worek z nasionami trawy jednakże teraz, pod odpowiednimi kierunkami, kryją się dodatkowe możliwości. W taki też sposób przyciśnięcie d-pad w prawo raz wywoła torbę z nasionami krótkiej trawy. Drugie naciśnięcie to możliwość zasiania trawy długiej. Trzecie pokryje teren piaskiem (na potrzeby pustynnych roślin i zwierząt) a czwarte śniegiem (dla gatunków polarnych). Analogicznie naciskając lewy kierunek sięgamy po konewkę. Drugie naciśnięcie przywołuje listę dostępnych nasion a trzecie różne rodzaje nawozu. Stare “tricki”, znane z Viva Pinata nadal działają - i tak aby wyhodować Redhotta nadal trzeba nakazać Taffly by przeleciał nad płonącą pochodnią a następnie polać go wodą z konewki. Tutaj nic się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast reguły mini-gier, które rozgrywamy podczas gdy nasze zwierzaki romansują. W pewnym sensie jest nieco trudniej. Zamiast mieć określoną ilość dopuszczalnych pomyłek teraz nie można zderzyć się z żadnym pomocnikiem Pestera. Próbując uzyskać każdego następnego potomka musimy za to zebrać coraz większą ilość rozrzuconych po planszy serduszek. I tak dla pierwszego “dziecka” będziemy musieli zebrać jedno serce, dla drugiego dwa, itd. Nieco łatwiej jest natomiast uzyskać potomstwo “specjalne”. Na przykład zebrawszy absolutnie wszystkie serduszka z planszy, na najwyższym poziomie trudności i mieszcząc się w limicie czasu. Wbrew pozorom nie jest to takie straszne. Przynajmniej w przypadku tych “podstawowych” gatunków. Jedną z najbardziej mnie interesujących opcji było wykorzystanie Pinata Vision za pomocą (sprzedawanej osobno) kamery Xbox Live Vision. Mówiąc z grubsza polega to na tym, że w pudełku znaleźć możemy kartę przypominającą rozmiarami kartę do gry w brydża czy pokera. Kiedy, jako ogrodnik, osiągniemy czwarty poziom wówczas gra pozwala nam z takich kart skorzystać. Wystarczy “pokazać je” kamerze, ustawiszy kartę w poziomie i usłyszymy dźwięk potwierdzający, że w naszym ogrodzie pojawiła się nowa (przedstawiona na karcie) piniata lub dodano do naszego konta parę czekoladowych monet. W ten sam sposób możemy pozyskać nowe akcesoria dla zwierząt, elementy wyposażenia, itd, itp. Przykładową kartę możecie pobrać z naszego bloga (jedną dodaję także poniżej) - polecam jej wydrukowanie i wykorzystanie w grze. To naprawdę działa! Zaimplementowano również możliwość gry wieloosobowej - zarówno lokalnie, jak i poprzez internet. Jest to miłe urozmaicenie i zabawnie jest zobaczyć jak ktoś porusza kursorem po naszym ogrodzie pieląc grządki, zbierając owoce czy odganiając natrętne Sour Pinata. Pierwsze wrażenia są zdecydowanie pozytywne. Cena gry jest niższa niż innych nowych tytułów więc uzasadnia też, krążące gdzieś po głowie, odczucie, że Viva Pinata: Trouble in Paradise to raczej taki dodatek, zestaw nowych misji do tej samej gry, w którą graliśmy już wcześniej. Na koniec nie może się obyć bez łyżki dziegciu w tej beczce miodu. Niestety, wbrew moim nadziejom gra nie została spolszczona. Jakkolwiek zarówno na okładce, jak i w instrukcji odnajdziemy część polskojęzyczną to już sam program uruchamia się po angielsku. Wielka to strata, ponieważ pierwsza część Viva Pinata była grą, którą włączałem córce a ta doskonale sobie sama radziła. Chociaż moje dziecko nieco podrosło i nauczyło się trochę angielskiego przez czas, który minął od premiery poprzedniczki to i tak często jestem wołany tylko po to by przetłumaczyć jakąś komendę, polecenia związane z zadaniem czy też wpis w “Encyklopedii”. Strasznie szkoda, bo dzięki przełożeniu, choćby tylko tekstów wypisywanych na ekranie, na nasz rodzimy język VP:TiP byłoby znacznie dostępniejsze dla naszego potomstwa. To by było na tyle tytułem podzielenia się z Wami moimi pierwszymi wrażeniami. Gra jest dobra, choć jeszcze nie przekonała mnie do tego, że można ją uznać za wybitną. Czy w swoim ogrodzie znów spędzę 50+ godzin, jak to miało miejsce poprzednim razem? Nie wiem. Z pewnością jednak Wam o tym opowiem. Sprawdź również:
Komentarze:
4 komentarze w "Viva Pinata: Trouble in Paradise - pierwsze wrażenia"
Musisz być zalogowany aby pisać komentarze. |
|